Analog Fest

Są takie wydarzenia, na które człowiek jedzie kawał drogi i już w połowie zastanawia się, czy to na pewno był dobry pomysł. Ja na Analog Fest organizowany przez Escribo przejechałam ponad 700 kilometrów w obie strony w… jeden dzień. I wiecie co? Było warto.

Analog Fest był dokładnie tym, czego można było się spodziewać po spotkaniu ludzi zakochanych w papierze, pisaniu i tworzeniu. Było mnóstwo różnych aktywności, a ja oczywiście chciałam spróbować wszystkiego.

Jedną z rzeczy, które najbardziej mi się spodobały, było napisanie listu do samej siebie. List został wrzucony do skrzynki, a ja dostanę go dokładnie za rok. Jestem bardzo ciekawa, co wtedy pomyślę, czy będę pamiętać, co napisałam i przede wszystkim — jak bardzo zmieni się moje życie przez te dwanaście miesięcy.

Zrobiłam też własny zakreślacz, wylosowałam swojego korespondencyjnego przyjaciela, z którym będę teraz wymieniać listy. Co ciekawe, wiem tylko, do kogo ja będę pisać — nie wiem natomiast, kto wylosował mnie. I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najfajniejsze.

Oczywiście nie mogło zabraknąć zakupów! Dziwne byłoby, gdybym wróciła z takiego wydarzenia z pustymi rękami! Były też pyszne przekąski, ale zdecydowanie nie one były dla mnie najważniejszą częścią tego dnia.

Najbardziej cieszyło mnie poznawanie innych kreatywnych osób. Miałam okazję porozmawiać z ludźmi, których wcześniej znałam tylko z internetu, a nawet spotkałam osoby, które obserwują zdziennikowaną. I chyba właśnie to było dla mnie jednym z większych sukcesów tego wydarzenia — świadomość, że ktoś już mnie kojarzy, zna moje treści i podchodzi do mnie, żeby chwilę porozmawiać. To naprawdę bardzo miłe uczucie.

Ale najlepsze było chyba to, co działo się przy wspólnych stołach.

Po prostu siedzieliśmy razem i dziennikowaliśmy. Wpisywaliśmy się do swoich notesów, oglądaliśmy nawzajem swoje strony, wymienialiśmy się pomysłami i tym, co najlepiej sprawdza się nam w prowadzeniu dzienników. Testowaliśmy swoje pióra, długopisy i atramenty, porównywaliśmy papier i oczywiście zachwycaliśmy się tym, co przynieśli inni.

I właśnie wtedy pomyślałam sobie, że to jest dokładnie to, o co chodzi mi w świecie analogowym.

Nie było jednej zasady, jednego stylu ani jednej grupy osób, dla których jest journaling. Przy jednym stole mogli siedzieć obok siebie dzieci, młodzież, dorośli i osoby starsze. Kobiety i mężczyźni. Każdy z własnym notesem, własnymi pomysłami i własnym sposobem tworzenia.

I to było naprawdę piękne.

Bardzo często mówię o swoim manifeście powrotu do analogowych rzeczy, ale nie chodzi mi w nim o krytykowanie telefonów, komputerów czy całego cyfrowego świata. Sama przecież z technologii korzystam każdego dnia. Chodzi mi raczej o znalezienie balansu pomiędzy jednym a drugim. O to, żebyśmy w tym całym cyfrowym pędzie nie zapomnieli, jak przyjemne może być napisanie czegoś ręcznie, wysłanie listu, stworzenie strony w notesie czy po prostu spędzenie kilku godzin bez patrzenia w ekran.

Analog Fest pokazał mi, że naprawdę jest jeszcze bardzo dużo osób, które tego potrzebują i po prostu lubią.

A na koniec jeszcze mały, ale ważny dla mnie sukces — udało mi się sprzedać kilka egzemplarzy mojej książki! Bardzo się cieszę, że mogłam nie tylko opowiadać o Kreatywnym Dzienniku, ale też przekazać moje książki kolejnym osobom.

Czy przejechałabym jeszcze raz ponad 700 kilometrów w jeden dzień?

Zdecydowanie!

Bo wróciłam zmęczona, ale z głową pełną inspiracji, nowymi znajomościami, kilkoma analogowymi skarbami i przede wszystkim z poczuciem, że naprawdę znalazłam swoje miejsce w tej małej, papierowej społeczności.

Dodaj komentarz